Strona wykorzystuje pliki cookies, jeśli wyrażasz zgodę na używanie cookies, zostaną one zapisane w pamięci twojej przeglądarki. W przypadku nie wyrażenia zgody nie jesteśmy w stanie zagwarantować pełnej funkcjonalności strony!

Sucha Beskidzka, Powiat Suski, Maków Podhalański, Jordanów, Zembrzyce, Stryszawa, Budzów, Bystra Sidzina, Zawoja - Sucha24 Twój Portal Lokalny
sobota, 04 lipiec 2020 15:17

Niekończący się bieg Janusza Sarnickiego

Napisane przez

Pokonując regularnie dziesiątki kilometrów po drogach naszego powiatu czy naszej gminy wielokrotnie mijałem biegnącego człowieka. Wielu z nas dostrzega na swojej drodze tego charakterystycznego jegomościa. Niewysoki, szczupły, o sportowej budowie ciała. Przez lata niespecjalnie skupiałem się na tym widoku. Aż któregoś dnia coś mnie tchnęło i postanowiłem go poznać. Pan Janusz Sarnicki, pomimo wielu sukcesów, o których opowiem w dalszej części tekstu, jest fantastycznym, otwartym i wyjątkowo serdecznym człowiekiem. Zresztą wszystkie osoby, które "maczały palce" w tym tekście takie są. Uznany trener piłkarski z naszego powiatu - Maciej Melzer również często widuje pana Janusza na trasie i potem lubi zażartować, mówiąc: Janusz, jak nie masz na busa, to Ci pożyczę... Faktycznie, bohater dzisiejszego tekstu uzbierał już 36 lat zawodowych startów i po raz piąty obiega kulę ziemską, licznik kilometrów wskazuje 180 tysięcy i ani myśli się zatrzymać! No to co… najwyższy czas się poznać!

 

Początek

Wszystko rozpoczęło się od piłki nożnej w klubie Grom Grzechynia. - Pamiętam, że jako dziecko chorowałem na astmę i lekarze ocenili, że ciężko będzie mi z tego wyjść. Zalecili wyjazdy nad morze i wdychanie jodu plus dużo ruchu. Zacząłem od piłki nożnej w klubie Grom Grzechynia. Później poszedłem do szkoły średniej w Krakowie, technikum budowlanego, mieszkałem w internacie. Nowi znajomi z bursy biegali w klubie i mnie też się to spodobało. Mając szesnaście lat poszedłem na pierwszy trening do Wawelu. Miałem tam blisko, ten czynnik również brałem pod uwagę. Trener Henryk Szordykowski przedstawił mnie chłopakom. Wziąłem udział w zawodach "Sprawni jak Żołnierze", gdzie wygrałem bieg na 1000 metrów. Tak to się zaczęło – wspomina pan Janusz Sarnicki. - Spotkałem tam wielu bardzo dobrych sportowców, wymienię choćby takie nazwiska, jak Wiktor Sawicki, Jóżef Kazanecki, Jacek Kasprzyk czy Marek Sukiennik, sami medaliści. Jeśli chodzi o kobiety to między innymi Beata Rumianek – Knapczyk z Suchej Beskidzkiej, która biegała 400 metrów czy ś.p. Anna Maniecka. Dobre wyniki osiągały też panie rzucające młotem czy dyskiem – dodaje nasz mistrz.

Brat pana Janusza – Krzysztof Sarnicki również mieszkał w tym okresie w Krakowie. - Różnica wiekowa między nami była niewielka. Jestem o rok i trzy miesiące starszy od Janusza. Obaj po podstawówce przenieśliśmy się do Krakowa, ja dwa lata wcześniej. Niestety mieszkaliśmy na dwóch różnych krańcach Krakowa, ja w Nowej Hucie, natomiast Janusz w Bronowicach. Każdy z nas miał swoje życie, swoje sprawy. Telefony wtedy były takie, jakie były – wyłącznie stacjonarne, z których ciężko było korzystać, bo to okres stanu wojennego, więc kontakt najczęściej mieliśmy bezpośredni. Widywaliśmy się - albo mijaliśmy - w rodzinnym domu. W pewnym momencie nawet częściej spotykaliśmy się w Krakowie, gdzie rozpocząłem pracę zawodową. Pamiętam, że na początku nowej drogi obaj mieliśmy trudności adaptacyjne i edukacyjne w tak dużym dla nas mieście. Wtedy nauczanie w Krakowie stało na wyższym poziomie niż w Grzechyni. Dzisiaj jest bardziej wyrównane. Pierwszy rok czy dwa, to mocna praca, by dogonić poziomem rówieśników z dawnej stolicy Polski. Jeśli chodzi o początki Janusza, to zaczynał w Wawelu Kraków, gdzie była mocna sekcja lekkoatletyczna. Miał dwóch trenerów, którzy bardzo mu pomogli – Henryka Polaka i Henryka Szordykowskiego. Inni nie wierzyli w niego, a potem bardzo się zdziwili. Był rzucony na głęboką wodę, zdany w dużej mierze sam na siebie. Miał duże wsparcie od kolegów, zarówno z klubu, jak i z internatu. Wiele z tych przyjaźni przetrwało do dziś, sam poznałem kilku kolegów Janka – opowiada pan Krzysztof. 

Pan Janusz starty w zawodach rozpoczął w 1984 roku. Pierwszy odnotowany bieg miał miejsce 26 lutego w Żaganiu, a był to Międzynarodowy Bieg Przełajowy. Nasz bohater zajął trzynaste miejsce. Cały pierwszy rok zakończył na trzynastu startach. W tym czasie czterokrotnie stanął na podium. Dwukrotnie wygrał. Najpierw 26 maja juniorskie Mistrzostwa Okręgu (3000 metrów na bieżni), a później 22 lipca triumfował podczas Małego Maratonu Podhala (21 kilometrów w Czarnym Dunajcu). - Podczas pierwszych startów odczuwałem lekką tremę, ale mijała równo ze startem – ocenił. W 1985 roku wygrał raz, również w mistrzostwach okręgu, tym razem na 5000 metrów. Rok później dwukrotnie nie dał nikomu szans – Mistrzostwa Okręgowe seniorów na bieżni (5000m) i Puchar Tempa w Gorlicach (22 km). - Nie byłem szybkościowcem, trenerzy polecali mi, żebym się systematycznie „wydłużał”, pamiętając jednak, by biegać też krótsze dystanse, rotować. Tak też robiłem – dodał.

 

Szansa

 

Często w życiu jest łatwiej, jeśli mamy szczęście do ludzi. Jeśli spotkamy na swojej drodze kogoś, kto dostrzeże więcej niż inni, da nam szansę. Kimś takim z pewnością dla naszego bohatera był trener Henryk Polak. - Mieszkałem w Gdyni, potem trafiłem do Hutnika, Wisły, znowu Hutnik i Wawel Kraków. Miałem etat wojskowy, w Wiśle byłem tylko trenerem, bo chcieli mnie na etat policyjny, ale powiedziałem nie, bo pracowałem w kombinacie. W Hutniku, gdy wróciłem, nastała „Solidarność” i obiecywali cuda, a okazało się, że zwolnili wszystkich z kombinatu i przyłączyli na wydział przy stadionie. Spotkałem pułkownika Stanaszka, który namówił mnie na Wawel. Edward Stawiarz trenował seniorów, a za młodzież odpowiadałem ja i Henryk Szordykowski. Bardzo na tym skorzystałem. Nie byłem wielkim zawodnikiem, ale miałem bardzo dobrą praktykę trenerską. Pan Jan Mulak zaufał mi, a przypomnijmy, że był to twórca „Wunderteamu” z lat 50. i 60, trenował między innymi Zdzisława Krzyszkowiaka czy Jerzego Chromika. Szkoliłem się pod jego okiem. Zrobiłem papiery instruktora, trenera klasy II, trenera klasy I i wreszcie trenera klasy mistrzowskiej. Pamiętam, że dostałem wartościową książkę w języku angielskim, o metodach pracy trenera reprezentacji Nowej Zelandii z IO w Rzymie – Arthura Lydiarda, podczas których zdobyli trzy medale, przetłumaczyłem ją i przekazywałem tę wiedzę zawodnikom. Janusz nie miał warunków na wielkiego biegacza. Pamiętam, że gospodarz nie chciał dać mu dresu, bo zwyczajnie w niego nie wierzył. Ja miałem taką zasadę, że każdemu dawałem szansę. A „Jesio” był i jest bardzo sumienny. I to czego dokonał – aż mi się wierzyć nie chce! Niesamowite, taka średnia na sto maratonów! Byłem kiedyś u niego w domu i jak mi pokazał te wszystkie swoje nagrody, to nie mogłem uwierzyć. Widziałem wielu reprezentantów Polski, którzy nie mają tylu nagród. Pamiętam, że kiedy zaczynał miał 16 lat, więc miał inne obciążenia niż inni. Stopniowo je zwiększaliśmy. Po okresie nauki w Krakowie wrócił do domu i trenował tym samym rytmem. Mówił mi po latach – Trenerze, to co pan mi mówił, to robiłem. Nie był szybkościowcem. Moim pierwszym zawodnikiem był Zbigniew Pierzynka, olimpijczyk z Moskwy. Kolejnym m.in. Józef Kazanecki, mistrz kraju w maratonie czy Szarecki. Mieliśmy wiele sukcesów w spartakiadach czy w juniorach. Skończyłem trenować w 1994 roku. Zawsze miałem zwyczaj, że biegałem razem z zawodnikami. Z Hutnika pamiętam też Renatę Hajto, specjalizującą się w biegu na 400 metrów, mistrzyni Polski, reprezentantka kraju. Serdecznie ją pozdrawiam – opowiada pan trener.

Szefem Wawelu Kraków w tamtym okresie był pan pułkownik Grzegorz Stanaszek, który bardzo ciepło wypowiada się zarówno o panu Januszu, jak i panu Henryku. - Maratończyk, mały wzrostem, wielki duchem. Może być przykładem dla młodzieży, pod względem konsekwencji, pracowitości, trybu życia i tego, że jak się chce, to się da. Niedawno, w ubiegłym roku, byli zawodnicy Wawelu zorganizowali sobie spotkanie w Beskidzkim Raju, miałem przyjemność tam być. Cudowna inicjatywa. Ci zawodnicy zakończyli już ścieżkę zawodową, pracują, ale wciąż trenują, biegają dla własnej satysfakcji. Założyli firmę w USA, pracują na wysokościach. Sport we wspaniały sposób ich połączył. Januszowi życzę wszystkiego dobrego, przede wszystkim zdrowia, żeby nie nękały go kontuzje. Mogę o nim mówić tylko i wyłącznie dobrze. Trzymam za niego, za nich wszystkich, kciuki. Jeśli chodzi o początki, to Janusz w grupie trenera Henryka Polaka był najmniejszy. Trener Polak miał taką zasadę, że nikogo nie skreślał, każdemu dawał szansę. Nawet jeśli inni trenerzy skreślali, to on nie. Patrzył szerzej - na podejście do życia, do sportu i jakim kto jest człowiekiem. Janusz stanowił z trenerem doskonały tandem. Ja najpierw byłem koordynatorem sekcji lekkoatletycznej (1974 - 1985), potem szefem szkolenia klubu - w tym okresie zauważyłem Janusza - i ostatecznie szefem klubu. Interesowałem się sekcją lekkoatletyczną, spędziłem tam dziesięć lat i patrzyłem na rozwój wspaniałych ludzi. Wyniki doskonałe na skalę międzynarodową, choćby cztery złote medale olimpijskie Roberta Korzeniowskiego – wspomniał.

Pan Janusz miał szczęście do trenerów. Poza dwójką, o której wspominaliśmy powyżej, wyróżnił jeszcze dwóch. - Każdy trener wnosił coś nowego, coś dobrego, ale na tamte czasy takie nowoczesne treningi, po których zawodnicy zaczęli robić wyniki w kraju, były dziełem ś.p. trenera Grzegorza Wamberskiego. Później współpracowałem z niestety również nieżyjącym już Pawłem Lorensem, który miał podobną metodologię. Mówiłem mu – Paweł, robimy praktycznie to samo, co biegałem u Grześka – wspomina pan Janusz. 


Brat piłkarz

Obaj bracia wybrali ścieżkę sportową. Janusz święci sukcesy jako biegacz, natomiast Krzysztof ma w dorobku sporo osiągnięć piłkarskich. - Wybrałem piłkę nożną. Zaczynałem w Gromie Grzechynia, gdzie awansowaliśmy do A klasy, po raz pierwszy w historii klubu. Niestety – był to jednorazowy wyskok i szybko spadliśmy. Posmakowaliśmy wyższej klasy rozgrywkowej i postanowiłem przejść do Halniaka. To był też etap nauki w Krakowie. Niestety, szkoła kłóciła się ze sportem. Nie trenowałem zbyt wiele, często zdarzało się, że dojeżdżałem tylko na mecze. W pierwszym okresie trenował nas Stasiu Klimala, potem panowie Władek Kotek i śp. Rysiek Błachut. W bramce stał ś.p. Kaziu Radwan, dalej choćby Andrzej Zajda, Jurek Starowicz, Janusz Zajda, Tadek Szklarczyk, Kazek Matuszyk, ś.p. Zdzisiu Biedrawa, Andrzej Sałaciak czy młodzi Maciek Melzer, Jacek Kuligowski, Józef Kurdas. Później powstała mocna drużyna, którą uzupełnili: Jan Wielgierz, Andrzej Świątek, Krzysztof Zawiła czy Wiesław Sulka. Po jakimś czasie przeszedłem do Naroża Juszczyn, gdzie zrobiliśmy „okręgówkę”. W pewnym momencie byliśmy najlepszą drużyną z okolicy. W Juszczynie trenowałem też juniorów klubu, z którymi awansowałem do Wydzielonej Małopolskiej Ligi Juniorów. Niestety – po zmianie roczników nie utrzymaliśmy się w elicie. Potem była Stryszawa, Grzechynia, Jeleśnia, gdzie byłem trenerem i zawodnikiem, i na koniec Grom Grzechynia, gdzie tylko trenowałem zawodników. Tam zacząłem, tam skończyłem. Najczęściej grałem na boku pomocy, ale zdarzało się również w środku pola. Skończyłem grę na boisku w wieku 40 lat, kondycja była dobra, ale brakowało takiego zrywu, startu, jak wcześniej. Grałem też w oldbojach Halniaka, którzy odnosili sukcesy w I lidze oldbojów. Raz wygrali, a raz zajęli drugą lokatę. W tym drugim przypadku o wszystkim miał decydować ostatni mecz z Garbarnią. Remis dawał nam tytuł, ale niestety przegraliśmy (z pomocą sędziego z Krakowa). W lidze tej grały głównie drużyny z Krakowa (Cracovia, Garbarnia, Hutnik, Clepardia, Wieczysta) oraz Sułkowic, Myślenic, Kalwarii czy Andrychowa. Do dnia dzisiejszego aktywnie, choć rekreacyjnie, spotykamy się w gronie piłkarzy z byłego Halniaka i rozgrywamy emocjonujące mecze. Zapał pozostał, niestety siły już nie te, co dawniej – powiedział pan Krzysztof.

Ciekawe rzeczy w temacie zarówno jednego, jak i drugiego syna przypomina sobie mama Marianna. - Przypominam sobie sytuację, kiedy Janusz był już w technikum w Krakowie. Pojechałam na wywiadówkę, zaraz po niej poszłam na tramwaj, a on mnie nawet nie odprowadził, bo poszedł biegać. Tylko bieganie się liczyło. Złościłam się. Ja już mam 90 lat, ale forma dopisuje. Krzysiek jest w Suchej, Janusz wiecznie w rozjazdach, wszystko muszę zrobić. Kiedyś poszłam na mecz Krzyśka, akurat został sfaulowany, ktoś go kopnął w nogę. Widzę, że leży, już chciałam wbiec na to boisko, ale mnie powstrzymali. Zdarzało mi się też pójść zobaczyć, jak Janusz biega podczas Biegu Makowskiego, wtedy zajął trzecie miejsce. Nieraz wracał z biegów, koledzy przyjeżdżali, wszyscy byli zmęczeni, piekłam im naleśniki. Trzy światy z tymi biegami. Pucharów ma wiele, tylko kurz na tym osiada – dodaje pani Marianna Sarnicka

O pana Janusza zapytałem też pana Wiesława Sulkę. - Znamy się lata, obaj jesteśmy z Grzechyni. Pogrywaliśmy razem w piłkę w Gromie Grzechynia. Janusz poszedł w biegi, ja grałem dalej m.in. w Halniaku Maków. Pewnie byłem jednym z pierwszych, którzy wiedzieli, że Janusz wygrał samochód w Lipsku. Wracaliśmy razem PKS-em. Opowiadał gdzie był i co wygrał. Wtedy już było widać, że woda sodowa nie uderzy mu do głowy. Zawsze równy gość. Do dzisiaj jak się spotkamy, to porozmawiamy, powspominamy. Kiedyś doszliśmy do wniosku, że jest jak wino – im starszy, tym lepszy – dodał pan Wiesław.

Pogromca maratonów

Pierwszy wygrany maraton miał miejsce 13 czerwca 1992 w Lipsku – czas 2:23:55. - Pamiętam, że wygrałem samochód, nowego peugeota. Niestety, aby sprowadzić go do Polski musiałbym zapłacić cło i podatek u nas w kraju. Prosta kalkulacja – nie opłacało się. Dogadałem się z dyrektorem salonu Peugeota, który zabrał ten samochód, nie wziął podatku i wypłacił mi równowartość – do dziś pamiętam, że było to 17 500 marek, a więc ogromna kwota – wspomina pan Janusz. - Bardzo ciężko było podczas jednego z maratonów w Aarhus. Rywalizowałem z czarnoskórym zawodnikiem, który mi odskoczył. Pomyślałem sobie, że idę na całość. Ruszyłem na maksa. Dopadłem go na dwa kilometry przed metą, spojrzałem mu w oczy i widziałem już, że jest wyczerpany. Końcówka należała do mnie – ostatnie dwa kilometry przebiegłem w tempie 3:07! Wygrałem o osiem sekund. Na mecie pytano mnie o wrażenia, o siły, a ja spokojnie odpowiadałem, że „no problem“! - dodał. Znając pana Janusza – pewnie jeszcze wieczorem chciał zrobić luźną „dychę“!

Póki co pan Janusz ma na koncie dwadzieścia wygranych maratonów. 1992 – Lipsk. 1996 - La Valetta, mistrz kraju. 1998 - Kopenhaga, a potem Aarhus. 1999 - Steintfurth, potem Bad Furstwalde, potem Rodenbach. 2000 - najpierw Steintfurth, a później Nove Mesto. 2001 - Steintfurth. 2002 - Steintfurth, potem Kopenhaga, potem Munster. 2004 - London w Kanadzie. 2005 - Steintfurth, 2006 - Steintfurth. 2007 - Nove Mesto, 2009 - Rockford. 2015 - Viborg w USA. – Mogłem odnieść więcej zwycięstw, w wielu startach obsada była bardzo mocna i zażarta walka trwała do ostatnich metrów. Zdarzało się, że przegrywałem o 10 czy 15 sekund – wspomina nasz mistrz.

Słowo o statystykach, które są niesamowite. Zapytałem naszego bohatera o najlepsze wyniki, rekordy. - Łącznie przebiegłem 124 maratony, z czego 20 wygrałem i 50 razy stawałem na podium. Mam najlepszy wynik w historii Polski na 50 km - 2:53:08 - to jest też rekord Niemiec z 1999 roku, z Hanau Rodenbach. Mam wszystko policzone, za co dziękuję Jurkowi Plewniakowi. Moja średnia z 50 maratonów wynosi 2:23:12, a ze 100 – 2:28:23. Miałem wiele równych startów. Na „setkę“ mam najlepszy wynik – średnią - w kraju, na „pięćdziesiątkę“ prawdopodobnie też. Najlepszy wynik w maratonie (2:18:38). Półmaraton (1:07:31). W 2000 roku pobiegłem w Kaliszu Supermaraton na 100 km. Czas – 6:58:58. Apetyty były większe, ale popełniłem błąd, odcięło mi prąd po 75 kilometrach, biegłem na płynach, a powinienem zjeść np. banana – ocenił.

Maraton jest bardzo wymagającym dystansem, ale pan Janusz szybko odkrył swoje predyspozycje. Do dzisiaj często trenuje w pełnym słońcu. - Moim ulubionym dystansem jest i był maraton, ponieważ mam predyspozycję do długich biegów (wytrzymałość), jestem odporny na upały, wiele maratonów wygrałem właśnie w upałach i udawało mi się ogrywać wtedy nawet czarnoskórych zawodników – zakończył. 

Kluby

Po czasie spędzonym w Wawelu, Sarnicki przeszedł do Katowic. - W "Kolejarzu“ była fajna ekipa, ale do czasu. Do czasu, kiedy zdarzył się przykry wypadek. Zginął m.in. człowiek, który tworzył ten klub - ś.p. Wacek Piątkowski. Kolejarz upadł, ale chłopcy wzięli sprawy w swoje ręce, działaliśmy na własną rękę, Ekspres Katowice, PKB Chromik czy Adamex Katowice. Sekcja się sypała, ale długo radziliśmy sobie. Nazwy się zmieniały. Była oferta z MOK Mszana, kierownik Zygmunt Łyżnicki zaproponował – przyjdź do nas, będzie sprzęt, dostaniesz na paliwo. I jestem tam do tej pory, od Niegowici w 2008 roku. Teraz rządzi Jasiu Wydra. Z klubem "Kolejarz Katowice" dwa razy wywalczyłem brązowy medal w klubowym Pucharze Europy w Portugalii - 1999 (Almeirim) i 1997 (Lizbona). Wygrałem dwa razy mistrzostwa Danii w maratonie - Kopenhaga (1998 i 2002), gdzie ogrywałem Kenijczyków. Moje kluby? Wawel Kraków (1983-88), Kolejarz Katowice (1989-2007), MOK Mszana Dolna (od 2008 do teraz) – podsumował Sarnicki.

Jednym z zawodników, który biegał w składzie z panem Januszem w Portugalii był Artur Osman, wielokrotny mistrz kraju. – Po trzech lat treningów trafiłem do kadry Polski juniorów. Po przetrenowaniu zimy, zdobyłem brąz w hali na dwa kilometry. Potem o dziwo dobrze pobiegłem w eliminacjach do Mistrzostw Świata, zająłem trzecie miejsce i jako junior pojechałem na dużą imprezę. Latem wygrałem mistrzostwa Polski na trzy kilometry z przeszkodami. Przyłożyłem się do treningów, podchodziłem do wszystkiego bardzo skrupulatnie. Odnosiłem sukcesy – medale na trzy kilometry z przeszkodami, potem przełaje na 10 czy 12 kilometrów, dłuższy dystans. Kończąc wiek juniora koronnym dystansem były dla mnie trzy kilometry z przeszkodami, jednak w wieku 25 lat zacząłem się „wydłużać”. W 1996 pobiegłem maraton, łącznie zrobiłem ich 24. Rekord życiowy pobiegłem we Frankfurcie – 2:11:46. Wtedy rekord kraju wynosił (2:09), teraz (2:07). Nieraz zaczynałem mocno, na rekord, ale później brakowało. Bodajże w 2002, w Kolonii, kiedy byłem znakomicie przygotowany, pobiegłem „połówkę” w (1:04), potem 10 km pomiędzy 26 a 36 km zrobiłem w (30:10)… no i padłem. Gdybym spokojnie sobie biegł, mogłoby być dobrze, w okolicach (2:10). Zabrakło mi trochę zdrowia, zaraz po rekordzie w maratonie, przeszedłem operację, potem ścisła dieta. W Berlinie pobiegłem nieoficjalny rekord kraju na 25 km – 1:15:25. Klubowy Puchar Europy. W Lizbonie pierwszy rok w klubie, chyba już Ekspres Katowice. Wszyscy równo i dobrze pobiegli. Chyba najlepszy był Artur Ociepa. W Almeirim na dzień przed biegiem poszedłem z Januszem na rozgrzewkę i mówię, że jutro staję na podium. Założyłem się ze ś.p. Wackiem Piątkowskim. Stawką był najlepszy alkohol na lotnisku. Ostatecznie zająłem trzecie miejsce indywidualnie i trzecie w drużynie. Janusz ma niesamowite zdrowie do biegania. Na obozach zawsze super, bardzo pracowity i koleżeński. Utrzymujemy kontakt, widujemy się na biegu Pawła Lorensa – podsumował pan Artur. 

 

Mistrz i uczeń

Któregoś dnia pan Janusz, jak to on, robił sobie trening. Biegnie, dzień jak co dzień. Nagle mija go młody chłopak, który się uśmiecha i pyta – czy może się dołączyć. Sarnicki nie ma nic przeciwko i tak zaczęła się wspólna podróż, która trwała wiele lat. I trwa do dziś. Tym młodym chłopakiem był Tomasz Miśkowiec. - Dwie najważniejsze dla mnie osoby, to Janusz Sarnicki i Marek Kaliciak. Z Jankiem zawsze byliśmy razem w klubie. Miałem szczęście, że trafiłem na dobrych nauczycieli wychowania fizycznego. Chciałem wymienić pana Marka Kaliciaka, który miał ogromny posłuch u uczniów. Nie było przebacz. Ja do szesnastego roku życia byłem bardzo chorowity, co miesiąc angina czy zapalenie płuc, kartoteka w przychodni była bardzo obfita. Pan Kaliciak miał taki system, że dwa razy do roku, co semestr, robił testy: skok w dal, rzut piłką palantową, bieg na 60 metrów, bieg na tysiąc metrów. Nie ważne, że miałeś słaby wynik, liczył się progres. Salka była mała, pamiętam, że czasami zdarzało się nam robić sprawdzian z nożyc na korytarzu, po cichu, bo za ścianą inna klasa pisała dyktando z języka polskiego. Jak byliśmy niegrzeczni, to czy deszcz czy wiatr, nie ważne, biegaliśmy na bieżni. Czasami mieliśmy plewić bieżnię, więc mając wybór – biegaliśmy. Nauczyciel wyłowił wielu dobrych zawodników. W rankingu szkół podstawowych byliśmy na pierwszym miejscu w kraju. Pamiętam biegi sztafetowe w Kętach, gdzie rywalizowaliśmy z klubami – Odra Opole czy Ruch Radzionków. Dziesięć razy tysiąc metrów. I wygrywaliśmy. Do dzisiaj w LO wisi mój rekord na żużlu na 1500 metrów – 4:05, mimo że biegałem 3:56, ale nie zapisali. Jest przepaść między tymi wynikami, a minęło tyle lat, świat poszedł do przodu, orliki, stadiony, tartany, a rekord wciąż nie został pobity. Na pierwsze mistrzostwa Polski Artur Kukla pożyczył mi kolce. Ktoś mi je rozdarł podczas biegu i musiałem je odkupić - śmieje się młodszy z panów.

Początki nie były łatwe. - Wszyscy wiedzieli kim jest pan Janusz. Nasz nauczyciel Marek Kaliciak prowadził w hali zajęcia w piłkę ręczną, a Janusz na górze, w salce, wykonywał różne ćwiczenia ogólnorozwojowe. Po tym pierwszym treningu, o którym wspomnieliśmy powyżej, zaczęliśmy regularnie razem trenować. Kiedy miałem 15 czy 16 lat, Janusz wziął mnie na pierwsze zawody. Na kolejne pojechaliśmy do Mysłowic, tam odbywał się bardzo mocny "cross". Jechał z nami Janusz Wójcik i pamiętam, że powiedziałem tak – "chciałbym być w trójce", na co ten się roześmiał. Ostatecznie przybiegłem na metę na drugim miejscu (śmiech). Zwrócił na mnie uwagę trener Lorens i tak się zaczęło. Rok później zostałem mistrzem Śląska, mistrzem makroregionu Śląskiego. Pojechałem na mistrzostwa Polski i byłem 17 na 150 startujących, tam wszyscy musieli przejść kwalifikacje. Gdyby nie kontuzja, dwa tygodnie przerwy bezpośrednio przed zawodami, to byłbym wyżej. Po kolejnym roku zdobyłem mistrzostwo Śląska, mistrzostwo makroregionu i przed kolejnymi mistrzostwami kraju byłem jednym z faworytów, niestety przed zawodami dopadła mnie ospa. W wieku 19 lat, ledwo się pozbierałem i zawody zakończyłem na szóstej pozycji – żałuje Tomasz.

Nie mogło zabraknąć pytania o rekordy Tomka. - Wszystkie ustanawiałem na mistrzostwach. Na 3000 metrów pamiętam, że 8:19, zdobywając srebro lub brąz. Bieg był czajony na miejsca, pierwszą połowę dystansu zrobiłem w 4:15, a drugą 4:02. Trenerzy byli pod wrażeniem i prognozowali, że gdyby bieg był równo prowadzony, to połamałbym 8 minut. Na 1500 miałem 3:51. Poniżej 2:30 biegałem tysiąc metrów. Na pięć kilometrów – 14:20. Pierwsze trzy kilometry 9:03, a ostatni 2:35, a ostatnie koło 57 sekund. Z kolką, która była moim problemem, od wady kręgosłupa. Na dziesięć kilometrów nie złamałem 30 minut, choć wielokrotnie było blisko – wylicza.

Po szkole Tomek musiał podjąć trudną decyzję. - Potem zdałem sobie sprawę, że nie będę zawodowcem, trzeba było pomyśleć o pracy. Startowałem w biegach górskich, ponownie byłem faworytem mistrzostw Polski, ale tym razem przegrałem z zatruciem pokarmowym, dobiegłem szósty i zakwalifikowałem się na mistrzostwa świata w biegach górskich. Po śmierci pana Piątkowskiego zostałem bez klubu, Kolejarz posypał się w związku z wypadkiem. Biegałem w hołdzie dla ś.p. działacza. Zdobywałem medale mistrzostw kraju na 5 i 10 kilometrów, drużynowo brąz na przełajach ekipą z Kolejarza w Międzyzdrojach. Wygrywałem biegi uliczne, między innymi w Makowie. Juniorskie zawsze, a seniorski raz, jakoś po powodzi – wspomina.

 Różnice: kiedyś, a dziś

W tamtych czasach, przełomu wieków, bieganie wiązało się z wielkim poświęceniem, dzisiaj warunki są o wiele lepsze. - Medalem nie wykarmisz nikogo. Potem biegałem dużo biegów ulicznych, żeby coś z tego mieć. W Krakowie wygrałem rower i mam go do dzisiaj. Podobnie z rakietą do tenisa. Przypominam sobie, jak jechałem na mistrzostwa Śląska, mając 18 lat, to wstałem o trzeciej nad ranem, w śniegu na dworzec, stamtąd trasa do Żywca, potem Bielsko-Biała, pociąg do Katowic, dalej Ruda Śląska. Tak człowiek walczył, żeby pobiec w biegu. Dzisiaj nie do pomyślenia. Komu by się chciało? 20 lat temu, jak ktoś miał puszkę "Isostaru" to rządził na dzielni, teraz wszystko jest na półkach, pod nosem. „Visolvit” był na receptę. Taka puszka starczała na trzy dni biegania, a człowiek myślał, że jak to wypije, to pobije rekord świata. Czasy się zmieniły. Dzisiaj jak ktoś zrobi maraton w 2:25, to zaraz trener i uczy innych. A Janusz ma takich maratonów przeszło 100, a wciąż jest tym samym skromnym i pokornym człowiekiem, który nie pcha się na afisz – chwali swojego mistrza, Tomek.

Sarnicki nie zaraził swojego podopiecznego bieganiem długodystansowym. - Nie miałem drygu, talentu do maratonów. Nie przygotowywałem się nawet pod takie dystanse. Jak zacząłem pracować, to bieganie zeszło na dalszy plan. Myśmy nie mieli tak, że żyliśmy z biegania, musieliśmy godzić pracę ze sportem. A i tak walczyliśmy z zawodowcami. Na kresce zawsze chcesz wygrać, ambicje biorą górę. Zawodowiec miałby problem przestawić się ze swojego życia w miejsce człowieka, który normalnie pracuje i przy okazji biega. Człowiek, który godzi pracę i sport nie miałby problemu przejść na tryb zawodowca. Zawodowiec ma diety, czas na sen, regenerację, masaże, suplementy. Amator często "nie dośpi", nie ma czasu przestrzegać diet czy rozpisek. Za rok będę świętował "czterdziestkę" i przymierzam się, żeby wystartować w jakimś biegu. Teraz już tylko bieganie dla przyjemności.

Treningi obu panów nie należały i wciąż nie należą do największych przyjemności pod słońcem. - Pamiętam treningi z Januszem. Zimą w rekordowych mrozach biegaliśmy po górach i wzniesieniach na naszym terenie. Latem w potwornym upale biegaliśmy po bieżni na Halniaku. 12 x 1 km, z przerwą w truchcie. Ludzie nie wychodzili z cienia, a myśmy biegali, aż się kurzyło. Warunków nie mieliśmy praktycznie żadnych. Jedna szosa, prosta, wymierzona. Zimą często trasy czy bieżnie nie były odśnieżane. Trzeba było wynajmować salki w szkole.  Dzisiaj jest wszystko – orliki, siłownie, boiska, tartanowe bieżnie, a jakoś młodzi się nie garną – zakończył Miśkowiec.

Po naszej rozmowie, pan Janusz i pan Tomek mieli zaplanowany wspólny trening. Rozmowa na koniec przebiegała tak:

- Janek, to co? Biegniemy? - zapytał Tomek.
- Tak, idziemy, zrobimy „dyszkę“ - odpowiedział Janusz.
- Janusz... a może „piątkę (śmiech) – rzucił młodszy z panów.

Faktycznie termometr pokazywał przeszło 30 kresek, ale... dla pana Janusza to woda na młyn, więc zapewne nie było szans na żadne ulgi! 

Najlepszy polonijny biegacz

Mało kto wie, ale pan Janusz kolekcjonuje wszystko, co tylko możliwe, jeśli chodzi o swoje dokonania sportowe. Jest przy tym równie sumienny, jak w treningu. Widziałem wynotowane wszystkie starty, sezon po sezonie, z czasami, miejscem, miejscowością. Niezwykła skrupulatność. Kolekcja pucharów, wycinków z gazet, numerów startowych, to wszystko jest imponujące. Pierwsze dwa lata opisałem w pierwszym akapicie, czas na kolejne. - W 1986 zdobyłem mistrzostwo okręgu na 5 km, tytuł seniorski. Rok później wygrałem makroregion seniorów na bieżni, na AWF-ie w Krakowie – czas: 33:12. Rekord na tym dystansie pobiegłem w Gorlicach: 29:25. Ogrywałem zawodników z kadry Polski. W 1988 miałem przerwę w startach, z powodu obowiązków wojskowych. W 1989 dwa razy stanąłem na podium. W lutym 1990 zdobyłem srebro w przełajowych mistrzostwach okręgu seniorów na 10 km. W kolejnym roku drugie miejsce podczas mistrzostw Polski TKKF na 10 km, z czasem 30:47. Zaczęły się wyjazdy zagraniczne: Austria, Niemcy czy Francja, Paryż. Polski Związek trzymał paszporty, trzeba było się pokazać w kraju, by myśleć o wyjazdach. Jeździliśmy z klubem. W 1992 był ten maraton w Lipsku, wygrałem z Januszem Wójcikiem. On nie był tak wytrzymały na wysokie temperatury. W 1993 były wyjazdy do Francji czy Włoch, bieg Makowski. W maratonie Hel – Puck zająłem trzecie miejsce, żałowałem, bo do zgarnięcia był samochód. Rok później – drugie miejsce w maratonie w Charlewille, wygrana w mistrzostwach Danii na 10 km w Aarhus. W 1995 roku najwyższe – trzecie miejsce w Makowie, drugie w Czeladzi. W 1996 roku wygrałem mistrzostwa Malty w maratonie, wygrywałem też cross w Warszawie. Tu była ciekawa sytuacja, bo w sobotę biegłem cross, a w niedzielę wybiegałem rekord życiowy w maratonie. Jak jest forma, to nic nie przeszkadza. Rok 1997 to przede wszystkim wygrany maraton w Aarhus. Dania mi leżała, bo wygrywałem i w Aarhus, i w Kopenhadze.

Jak wyglądały kolejne lata? - W 1998 roku przebiegłem pięć maratonów, łącznie dziewięć razy stanąłem na podium. W 1999 roku rekord Niemiec w Hanu-Rodenbach, trzecie miejsce w Klubowym Pucharze Europy w Almeirim. W roku 2000 miałem przyjemność wygrywać w Niemczech, na Słowacji, czy stawać na podium w Holandii czy na Majorce. Majorka była w grudniu, u nas szaro i buro, a tam słoneczko, pomarańcze na drzewach, aż się nie chciało wracać. W roku 2001 – kolejna wygrana w Steintfurth. Zacząłem też pracować u USA i tam też biegałem. Pracowałem trzy miesiące – potem trzy miesiące w kraju. Kolejne cztery lata (2002-2005) przyniosły łącznie 26 miejsc na podium. W Steinfurth łącznie wygrałem sześć razy. W karierze miałem dwóch menadżerów Henryka Paskala i Marka Szatana. Najlepszy okres w karierze miałem pomiędzy 1996 a 1998, kiedy wręcz nie mogłem się zmęczyć na treningu.

W roku 2006 pan Janusz osiągnął wiek „Masters“. - Od „czterdziestki“ wkroczyłem do kategorii „Masters“. No i w swojej kategorii wiekowej, wygrałem wiele startów. W 2006 roku 13 „pudeł“ na 13 startów. Wygrywałem w kategorii maratony na Słowacji i w USA. Wygraliśmy Klubowy Puchar Europy w półmaratonie w Lizbonie, w składzie: Ociepa, Gołebiewski, Głogosz, ja i Osman. Rok później – 13 startów, 12 razy na podium. Z przepięknych biegów, to wymienię drugie miejsce na Niagara Falls Marathon, gdzie meta usytuowana jest przy wodospadzie. Tam przez cały rok jest bryza. Rok 2008 – 22 starty, 20 razy podium. Wygrałem między innymi bieg na 10 km na Słowacji czy wiele biegów w USA. W 2009 roku 25 razy na podium, w 2010 – 15 razy, w 2011 – 14 razy. W 2012 zająłem drugie miejsce w Biegu Pawła Lorensa w Tychach, który był dla mnie ważną osobą, w następnych latach byłem tam kolejno: trzeci, czwarty, pierwszy, drugi, drugi, trzeci i trzeci. - wylicza nasz mistrz.

Pan Janusz w 2014 zajął trzecie miejsce na 1 km (3:07) i drugie na 3 km (10:04) w Halowych Mistrzostwach Polski Weteranów w Spale. W ostatnich sezonach bilans podium pana Janusza wygląda tak: 2013 – 18, 2014 – 14, 2015 – 19, 2016 – 14, 2017 – 13, 2018 – 12, 2019 – 8. Łącznie uzbierał 600 startów, na pudle stał 343 razy. 180 razy zajął pierwsze miejsce, 86 razy drugie i w 77 przypadkach był trzeci. - Zobaczyłem w życiu kawał świata. Choćby w Kanadzie mieszkaliśmy 300 metrów od jeziora Ontario. W czerwcu 2018 w USA odbyła się „Poloniada”, gdzie oprócz biegu był festyn, piknik, kiełbaski. Wspaniała inicjatywa. Pamiętam jeszcze jedno miłe wydarzenie. Jechaliśmy do pracy, słuchaliśmy radio, a tu nagle konkurs. Redaktor pyta: podajcie nazwisko najlepszego polonijnego biegacza, który wygrywa biegi w USA. Chodziło o mnie, aż miałem ciarki – kończy. 

Inspiracja

To co robi pan Janusz zainspirowała wiele osób. Jest niezwykle ceniony i szanowany przez innych ludzi. - Dawno temu jeżdżąc po terenie powiatu suskiego dało się zauważyć gościa, który biega. Ale to nie był trucht czy jakieś podbiegiwanie. Dla mnie był to, na tamten czas, pęd człowieka krajem drogi. Nawet jadąc samochodem było czuć tę prędkość i zaangażowanie biegnącego. Zastanawiałem się wówczas – po co, dlaczego tak jest i kto to jest. Wtedy ważyłem około 100 kg. Nie przyszło mi nawet do głowy, że to sportowiec, którego można zobaczyć właściwie tylko w telewizji. Po kilku latach kiedy sam nieśmiało zacząłem przygodę z bieganiem, to zrozumiałem, że nie można inaczej. Trzeba być zaangażowanym, trzeba poświęcić temu serce, czas. Bieganie zmienia i uzależnia. Janusz to profesjonalista i zawodowiec, mimo upływu lat – nie zmienia się. Mam tę przyjemność, że go poznałem. Jego osiągnięcia, starty i pasja do biegania, to bogactwo, którym zaraża. Ciężko o drugiego takiego herosa – powiedział prezes „Stowarzyszenia Mocni Pomocni“, Piotr Grajny.

Nasz bohater ma wielu przyjaciół wśród sportowców, jednym z nich jest Jacek Nitka, który wielokrotnie biegał w Makowie Podhalańskim. - W 1995 roku wybiegałem w Rzymie rekord życiowy w maratonie 2:17 i ten rezultat dawał mi 37 miejsce w kraju. Dzisiaj poziom jest niższy. Uczestniczyłem w przełajowych mistrzostwach świata juniorów, zdobywałem medale podczas juniorskich mistrzostw kraju, wygrywałem biegi uliczne. Startowałem w 20 maratonach, ale nie był to mój dystans, lepiej czułem się na "dychę" czy w półmaratonie. Kilka razy biegałem w Makowie, kilka razy stawałem na podium. Wtedy te biegi były bardzo mocne. Wtedy kiedy wygrał Adam Szanowicz, startował też choćby Leszek Bebło, ja wybiegałem 30 minut i to nie dało mi podium. Janusz jest wyjątkowo równy i skuteczny w maratonach, ma chyba najlepszą średnią w kraju na 100 maratonów. To rzadkie osiągnięcie. Nie ma co - macie tam u siebie asa – kończy pan Jacek.  


Wiele z tych przyjaźni trwa od wielu, wielu lat. Swoimi wspomnieniami podzielił się też pan Franciszek Stroński, który w lutym odwiedził Maków Podhalański. - Z Januszem znamy się ponad 30 lat. Biegaliśmy razem w kilku klubach sportowych. Zawsze fajnie nam się trenowało na obozach sportowych i startowało zarówno w Polsce, jak i zagranicą. Walczyliśmy między innymi w Budapeszcie, Bolonii, Monachium, Lipsku czy w Warszawie Sympatyczny kolega, ostatniej zimy trenowaliśmy razem w Grzechyni, a w lutym wystartowaliśmy w Walentynkowym biegu w Makowie, po biegu pizza. Było bardzo miło. Mój rekord w maratonie – 2:23:04, w Supermaratonie na sto kilometrów – 6:43:24. Jestem też brązowym medalistą Pucharu Świata w reprezentacji Polski w biegu na 100 km w Winschotten w Holandii – zakończył pan Franciszek.

2020

W tym roku pan Janusz jeszcze nie był w USA. Jednym z głównych czynników jest pandemia. Wykorzystuje ten spokojniejszy, jeśli chodzi o obowiązki zawodowe, czas na treningi. W kwietniu i w maju zanotował doskonałe wyniki - w obu miesiącach wybiegał ponad 500 kilometrów. W lutym był gościem specjalnym podczas Walentynkowego Biegu Miłości. Zaprosił też do udziału pana Franciszka Strońskiego. Jednym z najważniejszych celów na ten rok, o ile sytuacja pozwoli, jest bieg w Sarajewie. - W ostatnią niedzielę czerwca pojechaliśmy z zespołem na bieg „Łomnicka dziesiątka“. Zająłem 11 miejsce OPEN, ale w kategorii byłem trzeci. Do drugiego miejsca zabrakło mi piętnaście sekund. Myślę, że gdyby było jeszcze 300 metrów, to bym przeskoczył o jedno oczko. Warto odnotować, że trzy pierwsze miejsca zajął MOK Mszana Dolna – ocenił.

Ostatnio pan Janusz publikował zdjęcia z grzybobrania, bo to właśnie wyprawy na grzyby są jego hobby. - Lubię chodzić po lesie, takie samo hobby mają choćby Jacek Nitka czy Heniek Błaszczak – dodał. Życzymy panu Januszowi wszystkiego dobrego, kolejnych kilometrów i wygranych maratonów. Dziękuję wszystkim rozmówcom, ukłony!

AUTOREM TEKSTU JEST MATEUSZ STOPKA

PS. Nasz mistrz ma w swoich archiwach dwa wiersza na swój temat, autorką jest ś.p. Stefania Małysa. Poniżej jeden z nich.  


"Sportowiec z Grzechyni"

W podbabiogórskiyj wiosce, w Grzechyni,
ka się słoneczko w strumyku miyni
Janusz Sarnicki nom się urodził
i przecie jedyn syćkim dogodził

Zapar się wiycie, wyruszył ze wsi,
trenował biegi, sen mu się ziścił.
Długim dystansym świat zawojował
i syćkik we wsi tym uradował.

Sportowiec wielki, jest uo kim pisać,
na całym świecie tyz uo nim słychać,
to maratończyk z piyrsego scebla,
niy byle jaki, taki uod hebla.

Jakby wom pedzieć, straśnie zaparty,
zapisoł w biegak nojlepse karty.
Pokonał siebie, wiela rywali,
i honor wioski swoje uocalił.

Zdobył nagrody, sławe, profity,
bo w swym uporze niesamowity,
przeleciał wiela świata ulicek,
a kilometrów? Jo niy police.

Radze młodzieży go naśladować,
przy komputerak niy wysiadywać,
a ba się rusać i świat podbijać,
ze zdolnościami się niy wymijać.

Polsce potrzebni som sparci ludzie,
bez zahamowań i zbyndnyk złudzyń,
rozumni, hardzi i w nogak silni,
jak nigdy potrza, by byli pilni. Hej!!!

asdasdasdasdas
ShowMeble

wyniki -Futsal PRO

wyniki -Futsal Amator

25-01-2020 18:40
Wodpol 9 : 2 Beton 2
25-01-2020 17:45
Granda 5 : 15 Bad Boys
25-01-2020 16:50
Legion 5 : 7 Woodica
25-01-2020 15:55
Relax 10 : 5 AKS
25-01-2020 15:00
Mucharz Team 5 : 3 Zbóje

Tabela - Futsal PRO

Team
Played Points
1 Nie Z Całej Pety 9 27
2 The Dreamers 9 22
3 Żuraw 9 16
4 Dzikie Wieprze 9 13
5 HUTATA Team 9 11
6 BCS Zawoja 9 10
7 Gamba Furiosa 9 9
8 Świt 9 9
9 KS Bystra 9 7
10 Golden Street 9 7

Tabela - Futsal Amator

Team
Played Points
1 Wodpol 9 24
2 Legion 9 21
3 Relax 9 18
4 Mucharz Team 9 17
5 Beton 2 9 16
6 Woodica 9 15
7 Bad Boys 9 9
8 AKS 9 9
9 Zbóje 9 3
10 Granda 9 1

zapowiedŹ -Futsal PRO

zapowiedŹ -Futsal Amator

Gazetki Promocyjne

 

HomeSportPozostałeNiekończący się bieg Janusza Sarnickiego