Strona wykorzystuje pliki cookies, jeśli wyrażasz zgodę na używanie cookies, zostaną one zapisane w pamięci twojej przeglądarki. W przypadku nie wyrażenia zgody nie jesteśmy w stanie zagwarantować pełnej funkcjonalności strony!

Sucha Beskidzka, Powiat Suski, Maków Podhalański, Jordanów, Zembrzyce, Stryszawa, Budzów, Bystra Sidzina, Zawoja - Sucha24 Twój Portal Lokalny
wtorek, 13 styczeń 2015 14:34

Tomasz Krzysztof: Fly now, work later

Napisane przez
Tomasz Krzyztof Tomasz Krzyztof Facebook.pl

Postanowił rzucić pracę kierowcy tira i skupić się na lataniu. Hobby i pasja pochodzącego z Makowa Podhalańskiego Tomasza Krzysztofa, czyli paralotniarstwo, zaprowadziło go na podium mistrzostw Polski i świata w tej, co by nie mówić, bardzo romantycznej konkurencji.

Maciej Krzyśków/Sucha24.pl: Kiedy jedzie się ulicami powiatu i widzi się, że ktoś leci na paralotni to na dziewięćdziesiąt czy na sto procent to pan?

Tomasz Krzysztof: - Może nie na sto procent, ale jest to wielce prawdopodobne. Kolega robi to bardziej rekreacyjnie, a ja komercyjnie i sportowo.  Moto-paralotniarzy w powiecie jest 3.

Nie tylko latacie, ale też szybujecie

- Do tego potrzebne są góry. Latamy wtedy bez silników. Naszymi bazami są góra Żar, Skrzyczne, ale też Babia Góra, Mosorny Groń, góra Makowska. To są takie nasze lokalne latania. Bardzo fajnie jest np. latać w Alpach, w Hiszpanii czy w Słowenii, gdzie są bardzo fajne nie tylko góry, ale panują też dobre warunki termiczne. 

Superman, a nie Batman zatem?

- (śmiech) Może nie do końca, bo zacząłem latać, jak już byłem dorosły. Zawsze człowiek miał w głowie chęć do latania. Kiedyś może było trudniej, bo nie było to tak ogólnodostępne. Teraz można powiedzieć, że moto-paralotniarstwo stało się sportem masowym.  Jest on związany z górami i lataniem i jest to coś pięknego. Można wejść na górę i z niej po prostu zlecieć.

Bardzo to wszystko romantyczne

- Ludzie na nas pozytywnie reagują i często to widzimy. W naszym powiecie lata nas mało, ale są miejsca, gdzie tak nie jest. Czasami przesadzają, za nisko lecą… To takie polskie, żeby się za wszelką cenę pokazać, a nie myśleć o tym, co przeżywają ci na ziemi, gdy słyszą, jak pięćdziesięciu lotników im burczy nad głowami (śmiech). Jeżeli o romantyzmie mówimy, to bardziej do tego określenia pasują paralotnie swobodne. Nie ma tutaj silników, leci się siłami natury. Jest cisza i wiatr we włosach. W sumie do tego zostało stworzone paralotniarstwo. Powinno się go uprawiać w górach, bo to jest sport górski. Nie neguję jednak tego, że ktoś lata na wyciągach szybowcowych.

Łatwo chyba przecenić swoje umiejętności…

- Samodyscyplina jest bardzo istotna, bo jak się jest w górze, to czasami kusi, by polecieć tam, gdzie nie można. Z tego powodu m.in. zachęcam do udziałów w kursach, bo partyzantka niestety jest zawsze w modzie. Ktoś może zobaczyć filmik w necie, kupić sprzęt, który niekoniecznie jest dla nich przeznaczony i może sobie tym samym zrobić krzywdę. Niektórzy nie znają przepisów, naciągają je, łamią… Oczywiście złą robotę potrafią zrobić także ci, którzy mają uprawnienia. W każdej dziedzinie są czarne owce, które psują reputacji reszcie. W górze trzeba być odpowiedzialnym.

Co takiego przełomowego wydarzyło się w 1999?

- Podjąłem decyzję, żeby iść na kurs. Myślałem o tym oczywiście już wcześniej. Od tamtego momentu przepadłem całkowicie dla świata (śmiech). Każde podejmowane działania wiązało się z lataniem. Do tego stopnia, że po kilkunastu latach stało się to dla mnie nie tylko hobby, ale też pracą.

A kiedy stało się sportem?

- Jeszcze zanim stało się pracą (śmiech).

Zdobył pan dyplom instruktorski w 2010 roku i w tym samym roku zajął trzecie miejsce w mistrzostwach Polski. Dwa lata później było drużynowe wicemistrzostwo świata w Hiszpanii.

- W MP nie ma już partyzantki. Trzeba mieć uprawnienia, ubezpieczenie, wpłaca się wpisowe i startuje.

Na czym polegają takie zawody, za co jesteście oceniani?

- Jest mapa, na której zaznaczone są punkty, które ustala organizator i są różne możliwości wykorzystywania tych punktów. Mamy tzw. logery, czyli GPS bez nawigacji. Musimy patrzeć, lecieć i znajdować te punkty na odpowiednich pułapach. To też jest przed zawodami ustalone – jest tzw. Task katalog, gdzie opisane są konkurencje. Organizator je wybiera, spotykamy się na briefingu i np. sędziowie mówią, że jutro gramy tę konkurencję. My wtedy już wiemy, co mamy robić (śmiech). Zanim wystartujemy musimy złożyć deklarację czasową – są punkty, gdzie co do sekundy musimy się znaleźć w danej fazie lotu. Np. deklarujemy, że w tysięcznej sekundzie będziemy tam, w pięćdziesięciotysięcznej tam. Po wylądowaniu oddajemy logery sędziom, a oni je wgrywają do komputerów. Widać potem, jaką trasą lecieliśmy, czy byliśmy w wyznaczonych punktach. W zależności od zawodów punkty to walec o średnicy 100-200 metrów.

Typowa nawigacja zatem.

- Tak. Do tego bardzo trudna, bo wiele wypadkowych się na nią składa – siła, kierunek wiatru. Jak wiatr jest mocniejszy, to nam odbiera prędkość, gdy lecimy pod niego. Chyba, że lecimy z wiatrem, ale konkurencje są najczęściej w różnych kierunkach. Trzeba sobie wszystko ustawić i wyliczyć np. w tym momencie polecę pod wiatr, w tym z wiatrem i w związku z tym prędkość spadnie albo wzrośnie o połowę.

Jak takie wyliczenia robić?

 Mamy stopery. W danym momencie na tzw. punkcie startu włączamy je. Punkt startu znajduje się poza lotniskiem, to nie jest sam moment startu.  Podobnie jest z zamykaniem – niekoniecznie jest to moment lądowania.  Wtedy zerujemy stoper. To jest punkt, nad którym musimy przelecieć wracając z trasy. Musimy też wylądować w danym docku na lotnisku. Jeżeli wylądujemy pozna nim bo np. zabrakło paliwa to jest albo zero pkt, albo pięćdziesiąt procent mniej. Na zawodach rangi MP jest 10-15 konkurencji. Potem sumowane są punkty i znamy końcową klasyfikację.

Trudno jest zwykłemu kibicowi udać się na takie zawody i obserwować co się dzieje…

- Cały czas jest to udoskonalane. Całkiem niedawno, bo od kilku lat, odbywają się zawody slalomowe. Są z pewnością najbardziej widowiskowe, bo odbywają się w jednym miejscu. Przypominają Red Bull Air Race. Dzięki slalomowym zawodom przyciągamy trochę mediów, trochę sponsorów. Wszystko dzieje się bardzo dynamicznie, kibice wszystko widzą. W tym roku po raz pierwszy w mistrzostwach świata będzie klasa PLF2, a zawody te odbędą się w Polsce w okolicach Legnicy.

Wróćmy jeszcze do 2014 i MP. Ile trwają takie zawody?

- Tydzień, najczęściej od poniedziałku do soboty. Najczęściej zaczynamy rano , kiedy nie ma jeszcze termiki.

Alkomaty?

- Jesteśmy sprawdzani ( śmiech). Tak samo czy nie mamy GPS poukrywanych, bo wtedy byłoby dużo prościej. Po lądowaniu podchodzi sędzia, komisarz i sprawdza. Na MŚ na Węgrzech w 2014 roku były kontrole osobiste i przyjeżdżała policja. Na zawodach tej rangi nie ma możliwości oszukiwania, stawka jest za duża. Jeżeli ktokolwiek coś „przy kombinuje” to raz,  że jest wstyd w środowisku, jest się spalonym, a dwa to wypada się z zawodów. Jak ktoś zajmuje się jakimkolwiek sportem to wie, że szczytem szczytów jest wystartować w mistrzostwach świata.

Tomasz Krzysztof w 2014 roku został MP w klasie PL2. Co się pod tą nazwą kryje?

- Są cztery klasy startów – PF1, PF2, PL1 i PL2. Ta pierwsza oznacza, że leci jedna osoba z nóg i ma silnik na plecach. PF2 – pilot ma napęd, nawigator jest z przodu i też startują z nóg. Klasa PL  to identyczna sprawa, a różnica jest tylko taka, że lata się w takim 3-kołowym urządzeniu (śmiech). Konkurencje do pokonania są te same dla wszystkich klas.  

Nawigator to ktoś taki jak pilot w rajdach samochodowych?

- Bardzo podobna sytuacja. Jest od wyznaczania trasy. On jest pracownikiem umysłowym, a ja w tym przypadku fizycznym (śmiech).  W naszym duecie nawigatorem jest Irek Wątroba.

Ilu jest uczestników w mistrzostwach Polski, a ilu w mistrzostwach świata?

- W Radomiu w poprzednim roku było około stu, a na Węgrzech podczas MŚ dwieście. Co ciekawe na świecie jesteśmy liderem, jeżeli weźmiemy pod uwagę ilość mistrzów w poszczególnych klasach. Na zawodach toczymy walkę z Francuzami, mocni są też Czesi podobnie jak Anglicy, Hiszpanie, Chińczycy, Malezyjczycy czy Hindusi. Jak widać, całkiem ciekawa zbieranina ludzi (śmiech).

Bardzo szybko awansował pan do kadry narodowej, już po pierwszych startach w 2010 roku.

- Tam trzeba było mieć najpierw jakiś wynik. Bycie w kadrze narodowej pomaga, bo częściej jeździ się na zawody. Wtedy w 2010 roku pojechałem na mistrzostwa Polski jako człowiek znikąd więc na swoim przykładzie mogę powiedzieć, że dobrze jest znaleźć się w trójce. Kadra ma treningi, zgrupowania – najbliższe za miesiąc na górze Żar. Bardzo fajnie to działa. Jest też liga moto-paralotniowa, więc jak się tych zawodów pozbiera to wychodzi, że praktycznie co weekend można gdzieś pojechać i startować.

Może niegrzecznie zapytam, ale co na to rodzina?

Niestety musieli się przyzwyczaić.

Jedni jeżdżą tirami, a pan lata.

- Tirami też jeździłem zawodowo. Latanie zmobilizowało mnie do tego, żeby już tego nie robić. Jazda tirem to trochę niewolnicza praca, a latanie kojarzy się ze swobodą i z wolnością. Jak człowiek ma w sobie coś i tego zakosztuje, to potem taka niewola staje się podwójnie uciążliwa. Nie ma się co oszukiwać, że jest to zawód dobrze płatny, ale z drugiej strony ma się bardzo mało czasu; na inne rzeczy. Powiedziałem sobie, że trzeba zrezygnować z jeżdżenia i zając się  czymś przyjemniejszym nawet za mniejsze pieniądze. Życie mijało, a człowiek siedział w tej kabinie przez ileś tam lat i musiałem stamtąd uciec.

Lot lotowi nierówny, a może nie zwraca już pan uwagi np. na widoki?

- Za każdym razem są to nowe emocje, sytuacje, które trzeba przewidzieć, a widok zapiera dech w piersiach. W powietrzu trzeba podejmować szereg ważnych decyzji zwłaszcza, gdy się odpowiada za kogoś z kim się leci. Moje główne zajęcie to latanie w tandemach czyli latania z ludźmi, którzy chcą to robić, zobaczyć jak to jest. Mam z tego powodu nawet nie podwójną, ale poczwórną odpowiedzialność.

Bywało ciężko na górze?

- Zdarzało się.

Ptaki raczej was omijają?

- Na youtube  widziałem filmik jak ptak wpadł w linki. Sam tego nigdy nie przeżyłem. Ptaki starają się nas mijać, albo, jak to zwłaszcza czynią ptaki drapieżne, ostrzegają. Czasem atakują paralotnie np. we Włoszech jest człowiek, który hoduje sokoły w tym samym miejscy, gdzie my latamy. To jest taka walka – o tyle niebezpieczna, sokoły mają mocne pazury, a tkanina paralotni jest delikatna. To są jednak marginesy. Raczej nie wchodzimy sobie ze zwierzętami w drogę. Większe ptaki to są dla nas bardziej profesorowie – od nich uczymy się latać i szybować, bo latanie swobodne polega na szybowaniu. Jego częścią jest obserwowanie terenu i przyrody to jego część. Ptaki dają nam też punkt odniesienia. Możemy latać do 2900 metrów, chociaż wiadomo, że są strefy np. korytarze przy lotniskach, gdzie latać nie możemy. Ale to mały procent Polski. Jest tyle przestrzeni, że się mieścimy (śmiech).

Sky is the limit?

- Naszym ulubionym powiedzenie jest fly now, work later (śmiech).

 

foto: facebook.pl

asdasdasdasdas
ShowMeble

wyniki - i liga

27-09-2020 13:00
Zawojski.pl 2 : 3 Beton 2
27-09-2020 12:00
Granda 0 : 6 Relax
27-09-2020 11:00
RKS Huwdu 8 : 0 Lachy
27-09-2020 10:00
Woodica 4 : 2 Monter
27-09-2020 09:00
Gamba Furiosa 2 : 5 Los Asfaltos
27-09-2020 08:00
Black Shadows 4 : 2 Mucharz Team

Tabela - I Liga

Team
Played Points
1 Los Asfaltos 5 13
2 Relax 5 12
3 Gamba Furiosa 5 10
4 Mucharz Team 5 10
5 Black Shadows 5 9
6 RKS Huwdu 5 7
7 Monter 5 7
8 Woodica 5 7
9 Lachy 5 5
10 Beton 2 5 4
11 Zawojski.pl 5 1
12 Granda 5 0

zapowiedŹ - i liga

04-10-2020 08:00
Lachy - Granda
04-10-2020 09:00
Relax - Gamba Furiosa
04-10-2020 10:00
Black Shadows - Los Asfaltos
04-10-2020 11:00
Monter - RKS Huwdu
04-10-2020 12:00
Beton 2 - Woodica
04-10-2020 13:00
Mucharz Team - Zawojski.pl

Gazetki Promocyjne

 

HomeSportPozostałeTomasz Krzysztof: Fly now, work later