Strona wykorzystuje pliki cookies, jeśli wyrażasz zgodę na używanie cookies, zostaną one zapisane w pamięci twojej przeglądarki. W przypadku nie wyrażenia zgody nie jesteśmy w stanie zagwarantować pełnej funkcjonalności strony!

Sucha Beskidzka, Powiat Suski, Maków Podhalański, Jordanów, Zembrzyce, Stryszawa, Budzów, Bystra Sidzina, Zawoja - Sucha24 Twój Portal Lokalny
środa, 21 sierpień 2019 11:07

Elbrus zdobyty!

Przykład Waldemara Borowskiego z Grzechyni udowadnia, że nawet człowiek, który w oczach świata zmarnował swoje życie, może się podnieść z upadku i zacząć realizować marzenia. A nawet zajść wyżej niż ci, którzy wcześniej go potępiali. Grzechynianin właśnie zdobył kolejny szczyt.

 

Jak już wcześniej pisaliśmy, Waldemar Borowski nałogowo pił alkohol przez ponad 20 lat, zanim zrozumiał, że powinien się leczyć. Dekadę temu wrócił na prostą, odbudował mocno nadwątlone więzi z rodziną i zaczął pomagać innym uzależnionym. W ubiegłym roku, mając już ponad 60 lat, odkrył nową pasję – chodzenie po górach. Mimo, że przez wiele lat prowadził maksymalnie niezdrowy tryb życia i nie uprawiał żadnej aktywności fizycznej, zaczął intensywnie pracować nad kondycją i po kilku miesiącach ćwiczeń wyszedł na Kilimandżaro, gdzie - mimo kolosalnego zmęczenia – stanął na rękach!

W tym roku postawił przed sobą nowy cel - wyjście na Elbrus (5642 m n.p.m.), najwyższy szczyt Kaukazu. W wyprawie, w której wziął udział, był najstarszym uczestnikiem. Pozostali byli o dwie lub nawet trzy dekady młodsi od niego. Jednak nie wszyscy z nich dotarli na szczyt, a tymczasem Waldemar Borowski to zrobił! W dodatku doszedł tam pieszo, podczas gdy polowa ekipy skorzystała z możliwości podjechania ratrakiem. – Trochę mnie to dziwiło, że oni już z góry poddali się, zakładając, że nie dadzą rady. To wszystko tkwi przecież w naszej głowie, psychice. Wystarczy powiedzieć sobie: „Mogę to zrobić”, by udało się dotrzeć do celu – zapewnia Waldemar Borowski.

Największym problemem, z jakim zmagał się grzechynianin na ostatnim odcinku trasy, był mróz i bardzo silny wiatr, który jeszcze potęgował uczucie zimna. Na dobrych kilka godzin mężczyzna stracił czucie w dłoniach. – Miałem wprawdzie zimowe rękawiczki, ale nie były to dwupalcowe łapawice, które zdecydowanie lepiej by się sprawdziły w tych okolicznościach. Jednak nie tylko ja niecierpliwie czekałem na wschód słońca, by choć trochę się ogrzać – opowiada Waldemar Borowski. Końcowy odcinek drogi, czyli tak zwany atak szczytowy, zajął 11,5 godz. Piechurzy musieli pokonać sporą różnicę poziomów, wynoszącą ponad 1,5 km. Ostatnia baza znajdowała się bowiem na wysokości 4100 m n.p.m. Ponadto trasa wiodła po zmrożonym śniegu i lodzie. Cały czas trzeba było uważać, by dobrze wbijać raki w podłoże i nie zjechać po zboczu.

 Edyta Łepkowska

 

asdasdasdasdas