Strona wykorzystuje pliki cookies, jeśli wyrażasz zgodę na używanie cookies, zostaną one zapisane w pamięci twojej przeglądarki. W przypadku nie wyrażenia zgody nie jesteśmy w stanie zagwarantować pełnej funkcjonalności strony!

czwartek, 19 wrzesień 2019 17:19

Dom bez drogi

Przed wejściem na kładkę stoi tabliczka z napisem: „Wstęp wzbroniony”. Przed wejściem na kładkę stoi tabliczka z napisem: „Wstęp wzbroniony”. Foto: Edyta Łepkowska

W każdej miejscowości znajdą się osoby, które narzekają na fatalną drogę dojazdową do domu. Ale, nawet jeśli prowadzi do niego dziurawy lub błotnisty trakt, to zazwyczaj jakiś jest. Natomiast w Juszczynie kilka rodzin mieszka w budynku, do którego wiedzie tylko bardzo stroma ścieżka przez las, możliwa do pokonania jedynie na piechotę.

 

Jadąc przez Juszczyn drogą krajową nr 28 w kierunku Jordanowa, nietrudno zauważyć po lewej stronie dom w lesie, na zboczu wzgórza, położony z dala od innych zabudowań mieszkalnych. Pewnie niejeden turysta wzdycha, jak miło byłoby mieszkać w tak odosobnionym i cichym miejscu, w którym jedynymi sąsiadami są dzikie leśne zwierzęta. Nie da się ukryć, że to niezwykle spokojny i urokliwy zakątek, ale życie w nim nie należy do najłatwiejszych. Do tej pory do domu nie powstała droga dojazdowa. Najbliższa znajduje się około 300 metrów od budynku, przy czym, aby się do niej dostać, trzeba zejść na brzeg Skawy stromą ścieżką przez las, a następnie pokonać niebezpieczną kładkę zwieszającą się nad nurtem rzeki, uszkodzoną pięć lat temu podczas powodzi. Od tamtej pory brakuje jej jednej przypory i przed wejściem na nią ostrzegają tabliczki z napisem „Wstęp wzbroniony”. Jednak mieszkańcy odosobnionego domu korzystają z tej chwiejnej przeprawy, bo nie mają innej…

Po większych opadach deszczu, gdy woda w rzece wzbiera, dzieci nie chodzą do szkoły, dopóki jej poziom nie opadnie. Wtedy pojawia się bowiem realne ryzyko zawalenia kładki. – Jeśli do tego dojdzie, będziemy całkiem odcięci od świata. Bo nie wyobrażam sobie, żeby iść z dziećmi przez pola i lasy, by dotrzeć do odległego mostu na Skawie. Dzików jest tutaj coraz więcej, jednego spotkaliśmy w ostatnią sobotę. I to na dość krótkim odcinku od rzeki do naszego domu. A tam, na tej okrężnej trasie, ryzyko takiego spotkania będzie znacznie większe. Od lat apelujemy do burmistrza o budowę drogi, która umożliwiłaby by nam bezpieczny dojazd do domu. Jakiejkolwiek, choćby polnej, byleby tylko była przejezdna samochodem. Wciąż bez skutku. Nie wiemy, gdzie jeszcze moglibyśmy zwrócić się o pomoc – mówi Karina Łazarz. Kobieta jest jedną z dziesięciu osób, które mieszkają w trudno dostępnym domu na zboczu. Pozostałe dziewięć to jej mąż i dzieci, siostra z rodziną, brat oraz mama.

- Żeby zapewnić sobie opał na zimę, musimy prosić właścicieli gruntów, by pozwolili przetransportować go przez ich pola i łąki. Na szczęście, są na tyle życzliwi, że za każdym razem się na to zgadzają. Ale dowóz czegokolwiek przez te bezdroża jest bardzo ryzykowny, bo nawet samym traktorem niełatwo tu dojechać – martwi się Karina Łazarz. Do najtrudniejszych sytuacji dochodzi, gdy któregoś z domowników trzeba zawieźć do szpitala. Kiedy dziadek Kariny doznał udaru, zdawało się, że nie dotrze żywy do karetki pogotowia czekającej na drugim brzegu Skawy. Zniesienie go na dół śliską ścieżką przez las i przejście z nim chwiejną kładką było nie lada wyczynem dla dźwigających nosze mężczyzn. Z kolei siostra Kariny, Klaudia Ferek, gdy tydzień temu zaczęła rodzić, musiała o własnych siłach pokonać tę trasę, drżąc o życie swego maleństwa. – Gdybym upadła i zsunęła się po zboczu, mogłoby mu się coś stać – mówi kobieta. Na szczęście udało jej się bez szwanku dostać na drugą stronę rzeki, a stamtąd, już samochodem, do szpitala.

Burmistrz Makowa Podhalańskiego Paweł Sala podkreśla, że dom Kariny Łazarz i Klaudii Ferek powstał w miejscu wyizolowanym, do którego nigdy nie było dojazdu i dziś wykonanie prowadzącego tam półtorakilometrowego traktu będzie bardzo kosztownym przedsięwzięciem. A są też inne problemy, które trzeba rozwiązać, by jego powstanie stało się możliwe. –  Kupiliśmy dwie wąskie działki przeznaczone pod budowę drogi. Możemy nabywać kolejne, ale tylko takie, które będą stanowiły ich przedłużenie, a nie dowolne, znajdujące się gdzieś w polach, bo gdybyśmy tak postępowali, nie mielibyśmy gwarancji, że uda nam się je połączyć w jedną całość. Ponadto, jeżeli działka ma szerokość dziesięciu, piętnastu czy dwudziestu metrów, to nie kupimy całej, bo nie będziemy w stanie jej zagospodarować, więc w takiej sytuacji konieczne jest przeprowadzenie podziału gruntów. Są też problemy z tytułami prawnymi do nieruchomości. Niektórzy nawet mówią, że mogliby sprzedać, ale mają nieuregulowane stany prawne – tłumaczy włodarz. Jak dodaje, droga niewątpliwie z czasem powstanie, ale nie wcześniej niż za kilka czy nawet… kilkanaście lat. - Mamy wiele miejsc, gdzie trzeba poprawić dojazd i to do całych osiedli, a nie do pojedynczego domu. Dlatego ta sprawa zawsze jest traktowana trochę po macoszemu. Stanowi dodatek do innych problemów, a nie priorytet. Tak naprawdę, ten dom w ogóle nie powinien tam stać – twierdzi burmistrz.

Karina Łazarz i Klaudia Ferek są rozgoryczone taką postawą włodarza. Jak podkreślają, dom wybudował ich pradziadek, w czasach, gdy istnienie drogi dojazdowej nie miało żadnego znaczenia, bo dla większości ludzi ze wsi jedynym środkiem lokomocji były własne nogi. – Poza tym, droga nie będzie prowadziła tylko do naszego domu. Mieszkańcy tej części Juszczyna jej potrzebują, by dojechać do swoich pól czy lasów, co teraz jest bardzo utrudnione. Dlatego wielu z nich chętnie sprzeda kawałki działek pod jej budowę – podkreślają siostry.

Edyta Łepkowska