Strona wykorzystuje pliki cookies, jeśli wyrażasz zgodę na używanie cookies, zostaną one zapisane w pamięci twojej przeglądarki. W przypadku nie wyrażenia zgody nie jesteśmy w stanie zagwarantować pełnej funkcjonalności strony!

Sucha Beskidzka, Powiat Suski, Maków Podhalański, Jordanów, Zembrzyce, Stryszawa, Budzów, Bystra Sidzina, Zawoja - Sucha24 Twój Portal Lokalny
czwartek, 05 grudzień 2019 20:21

Prawdziwa historia o kociej miłości

Napisane przez
Misia w drodze przed blok swej nieżyjącej pani. Misia w drodze przed blok swej nieżyjącej pani. Foto: Edyta Łepkowska

Parę dni temu opisaliśmy historię pieska Czarka, który przez wiele lat krążył po Łętowni śladami swego nieżyjącego pana, z nadzieją, że w końcu go odnajdzie. Ale nie tylko psy potrafią być tak lojalne. Do miłości poza grób zdobne są również koty, choć nie każdy zdaje sobie z tego sprawę. Przykładem takiej kociej wierności była Misia z Makowa Podhalańskiego.

Na przełomie 2012 i 2013 roku głośno stało się o kocurku imieniem Toldo z włoskiego miasteczka Montagnana. Zwierzak od ponad roku codziennie odwiedzał grób swojego pana i za każdym razem przynosił mu drobne prezenty – liście, gałązki, patyczki, a nawet plastikowe kubeczki! Podobna historia rozgrywała się niedawno w Makowie Podhalańskim, a jej bohaterka była kotką umaszczoną niemal identycznie jak Toldo - szarą, pręgowaną, z białymi elementami. Misia wprawdzie nie przychodziła na mogiłę swojej pani, ale też zapewne nie wiedziała o jej śmierci. Czekała na nią cierpliwie przed blokiem, z nadzieją patrząc na każdą nadchodzącą osobę. Czasem siedziała blisko wejścia do klatki schodowej, innym razem kryła się się pod zaparkowanymi samochodami lub w cieniu jakiegoś krzewu lub drzewka, ale przez cały dzień nie oddala się od budynku.

Misia była kiedyś jedną z bezdomnych makowskich kotek, półdziką i nieufną wobec ludzi. Zaufała tylko jednej osobie – Teresie Jurkiewicz. Kobiecie, którą kochały wszystkie wolno żyjące w Makowie koty. Teresa Jurkiewicz (na zdjęciach w galerii pod artykułem) dokarmiała je, zabierała do weterynarza, podawała im leki. Misia miała więcej szczęścia niż inne, bo znalazła u niej schronienie. Gdy kobieta wychodziła z domu, kotka czekała na jej powrót na schodach wejściowych do bloku. Nieraz do późnego wieczora. W 2017 roku zdarzyło się jednak, że Teresa w ogóle nie wróciła. A Misia czekała dalej. Dzień, tydzień, miesiąc, dwa miesiące… Nie wiedziała, że jej pani najpierw leżała w szpitalu, potem zaś zmarła.

W końcu, przed nadejściem mrozów, Misię zabrała do domu inna makowska miłośniczka zwierząt, Danuta Pazdur. Kotka spędziła u niej zimę, cały czas szukając jednak okazji do ucieczki. Udało jej się to dopiero wiosną. – Miałam takiego kota, który potrafił otworzyć drzwi skacząc na klamkę. I kiedyś wypuścił w ten sposób Misię. Okazało się potem, że wróciła przed blok, w którym mieszkała Teresa. Odnalazłam ją tam i zabrałam do siebie, ona jednak przy najbliższej okazji znowu uciekła. I to się powtarzało wiele razy. W końcu zaczęła sama do mnie przychodzić, ale tylko na noc. Nadal całe dnie spędzała koło bloku Teresy. Gdy tam przyszłam, podchodziła do mnie, ale nie pozwalała się dotknąć. Bała się pewnie, że ją złapię i wezmę do domu… – opowiada Danuta Pazdur.

Czy padał deszcz, czy żar lał się z nieba, Misia codziennie przemierzała najbardziej ruchliwą ulicę Makowa Podhalańskiego, by dotrzeć przed blok swojej pani. I cierpliwie czekała aż do zmroku. Potem odchodziła i wracała następnego dnia. Bardzo bała się samochodów, więc starała się iść jak najdalej od krawędzi jezdni, wzdłuż murów domów i szpitalnego ogrodzenia. Mimo tej ostrożności, w ubiegłym roku zginęła pod kołami…

Edyta Łepkowska

asdasdasdasdas

 

HomeWydarzeniaMaków PodhalańskiPrawdziwa historia o kociej miłości