Strona wykorzystuje pliki cookies, jeśli wyrażasz zgodę na używanie cookies, zostaną one zapisane w pamięci twojej przeglądarki. W przypadku nie wyrażenia zgody nie jesteśmy w stanie zagwarantować pełnej funkcjonalności strony!

Sucha Beskidzka, Powiat Suski, Maków Podhalański, Jordanów, Zembrzyce, Stryszawa, Budzów, Bystra Sidzina, Zawoja - Sucha24 Twój Portal Lokalny
środa, 27 maj 2020 11:17

Białczanka powołanie odkryła w Stryszawie

Białczanka powołanie odkryła w Stryszawie Foto: Edyta Łepkowska

Gdy w dzieciństwie bawiła się ulubioną zabawką - bryczką zaprzężoną w dwa drewniane koniki na kółkach, nawet nie marzyła, że kiedyś sama nauczy się tworzyć podobne cudeńka. Wprawdzie kobiety w jej rodzinie zajmowały się rękodziełem, ale gustowały w typowo damskich robótkach. Ona sama szukała dla siebie czegoś innego, latami błądząc po omacku.

 

Barbara Piaseczny z Białki wychowała się w rodzinie, w której prawie każdy miał zdolności manualne i plastyczne. Jej mama i ciocia pracowały w Spółdzielni Rękodzieła Ludowego i Artystycznego Makowianka, gdzie zarabiały na życie, robiąc to, co kochają. Jedna wykonywała makatki, druga haftowała. Obie próbowały zaszczepić w Basi zamiłowanie do takiej właśnie twórczości, ona jednak bardziej skłaniała się ku obróbce drewna, którą zajmował się jej dziadek. Ale długo nie mogła trafić na rzemiosło, któremu chciałaby się w pełni poświęcić. Swoje powołanie odkryła dopiero 16 lat temu.

Byłam wtedy na bezrobociu i trafiłam na ogłoszenie o kursie strugania drewnianych zabawek w Stryszawie. Namówiłam męża i kuzyna, abyśmy razem wzięli w nim udział. I na tych warsztatach zrozumiałam, że to jest właśnie taki rodzaj rękodzieła, jaki najbardziej do mnie przemawia. Postanowiłam zająć się nim na poważnie. Wtedy jeszcze łudziłam się, że z wykonywania ludowych zabawek da się wyżyć. Choć szybko się rozczarowałam, moja pasja do ich strugania przetrwała. Traktuję ją jako hobby – opowiada Barbara Piaseczny.

Kobieta uwielbia tworzyć takie zabawki, jakimi sama bawiła się w dzieciństwie. Rzeźbi, a potem maluje intensywnymi kolorami koniki, bryczki i ptaszki, starając się, aby każde jej dzieło było inne, niepowtarzalne. Czasem puszcza wodze fantazji i wymyśla nowe wzory, tylko po części nawiązujące do tych tradycyjnych. Wykonuje też ozdoby świąteczne. 

WYRZUCAĆ NIE WOLNO!

Pasją do strugania zabawek zaraziła męża Mariana i córkę Magdalenę. – Ja również dorastałem w środowisku, w którym mocno zakorzenione były tradycje rękodzielnicze. Ciotka zajmowała się haftem makowskim, mama robiła piórniki do Cepelii, ojczym rzeźbił figurki szachowe. Byłem skazany na to, by zająć się twórczością ludową – ze śmiechem mówi Marian Piaseczny. – Kiedy żona namówiła mnie na ten kurs zabawkarstwa, z początku nie wciągnęło mnie to tak mocno, jak ją. Ale gdy potem pomagałem Basi w trudniejszych czynnościach, w końcu sam połknąłem bakcyla. Po pracy wolę sięgnąć po nóż i kawałek drewna, niż usiąść przed telewizorem.

Magdalena, inaczej niż jej rodzice, nie ogranicza się tylko do zabawkarstwa. Choć bardzo lubi strugać w drewnie i malować gotowe figurki, bardziej pociąga ją bibułkarstwo. Często robi też biżuterię z różnych materiałów. - Ona jest taka, że jeśli weźmie coś do ręki i rozłoży to na czynniki pierwsze, potrafi wykonać dokładnie taką samą rzecz. I tak jak ja, jest niepoprawną zbieraczką. Niczego nie wolno wyrzucić, bo wszystko może się przydać. Mąż się złości, że nie będzie miał czym w piecu palić, jeśli każdy kawałek drewna będziemy traktowały jak materiał twórczy. Gdy wycinał drzewa w ogrodzie, co chwila mu mówiłam: „ten pniak mi zostaw, tamten konar też” – śmieje się Barbara Piaseczny. - A na przechowywanie tych wszystkich skarbów brakuje nam już miejsca. Każde pomieszczenie obstawione mamy pudłami i pudełkami. Marian dodaje: - Pasowałoby dokupić garaż z przeznaczeniem na magazyn. 

WĘDRUJĄCE ZABAWKI

Barbarę cieszy nie tylko samo struganie i malowanie tradycyjnych zabawek, ale również przekazywanie tych umiejętności innym. Zanim nadeszła pandemia koronawirusa, organizowała warsztaty zabawkarstwa dla dzieci szkolnych, gdy tylko ktoś ją o to poprosił. Czasem we własnej pracowni w Białce, mimo że nie ma w niej zbyt wiele miejsca, a niekiedy podczas różnych imprez plenerowych. Szczególnie lubiła wyjazdy do skansenu w Wygiełzowie na festiwal ETNOmania. – Zabierałam tam gotowe wystrugane ptaszki, które każdy chętny mógł sobie pomalować. Kiedyś miałam ich sto pięćdziesiąt, z czego zostały mi tylko cztery! Ale przede wszystkim jest tam wspaniała, rodzinna atmosfera. Jeździliśmy na ETNOmanię nawet wtedy, gdy nie miałam prowadzić zajęć. Wtedy sama zapisywałam się na organizowane tam warsztaty, zawsze bardzo ciekawe. Można było własnoręcznie zrobić mydełko, łyżkę i mnóstwo innych rzeczy – emocjonuje się kobieta. 

Choć zabawki drewniane Barbara Piaseczny struga głównie dla własnej przyjemności oraz dla znajomych, część z nich trafiła do różnych krajów, nawet bardzo odległych, między innymi do Indii, Meksyku, Indonezji i Japonii. To dlatego, że już od wielu lat białczanka przygotowuje pamiątki dla wszystkich zespołów biorących udział w Tygodniu Kultury Beskidzkiej w Makowie Podhalańskim. Co roku jest to coś innego, na przykład klepok (drewniany ptak na kółkach, z ruchomymi skrzydłami), góralscy tancerze, bryczka ozdobiona makówkami z herbu Makowa, para ptaszków. 

SIEKIERĄ DO CELU

Zdarzało się także, iż turyści zagraniczni odwiedzali jej pracownię, która jest jednym z przystanków na trasie Ekomuzeum Babia Góra, Szlaku Tradycyjnego Rzemiosła oraz Polskiego i Szwedzkiego Szlaku Lokalnego Produktu. – Wygląda jednak na to, że coraz mniej osób eksploruje okolice Makowa. Jeszcze jakieś trzy, cztery lata temu było ich sporo. Przyjeżdżały całe grupy, aż brakowało mi dla wszystkich chętnych książeczek, w których zbierali pieczątki potrzebne do zdobycia odznaki turystycznej Ekomuzeum. Potem już tylko sporadycznie ktoś tu zaglądał – podkreśla Barbara Piaseczny.

Dzięki zabawkarskiej pasji sama też zwiedziła kawałek Europy. Była na przykład w Szwecji, gdzie poznawała tamtejsze obiekty na Polskim i Szwedzkim Szlaku Lokalnego Produktu. – Tam wszystko jest zupełnie inaczej zorganizowane. U nas twórcy mają wydzielone pracownie czy inne pomieszczenia dla turystów, a tam nie widać żadnego rozgraniczenia na części mieszkalne i czysto turystyczne. Wchodzi się prosto do domów tych ludzi, jakby to był taki żywy skansen. Mnie się to strasznie spodobało. Tak samo, jak szwedzka przyroda. Tam wszędzie jest mnóstwo zieleni, w którą wkomponowane są liczne oczka wodne – opowiada białczanka. – Niektóre atrakcje na szlaku były dość ryzykowne. Na przykład w kuźni, gdzie można było rzucać do celu siekierką. Koleżanka tak się zamachnęła, że niewiele brakowało, by wbiła sobie ostrze w plecy. A i we mnie nieomal trafiła! 

 

asdasdasdasdas

 

HomeWydarzeniaMaków PodhalańskiBiałczanka powołanie odkryła w Stryszawie